poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Nie kocham go, a on o tym nie wie!

Nie wierzę w miłość, jak dla mnie jest ona mocno przereklamowana.
Twardo stąpam po ziemi, dokładnie wiem czego chcę i jak to osiągnąć. A on może mi w tym pomóc, to dlaczego miałabym nie skorzystać? Kocha mnie, ja udaję, że też go kocham, jest szczęśliwy...


Mateusza poznałam jeszcze na studiach, przystojny, sympatyczny facet. Spotykaliśmy się kilka miesięcy, zerwałam- niewiele miał do zaoferowania. Mieszkał z rodzicami, jeździł rozklekotanym wozem, ledwo starczało mu na weekend za miasto. Trochę było mi go żal, płakał gdy odchodziłam twierdził, że jestem TĄ JEDYNĄ. Kilka lat później natrafiłam na jego profil na facebooku, a tam taka zmiana. Nowe auto, zdjęcia z podróży po świecie, kierownicze stanowisko, w pośpiechu sprawdziłam status – wolny i to była moja szansa. Wprawdzie mieszkałam już wtedy z Krzysiem, bo ktoś musiał płacić czynsz, ale jakoś nie znalazłam obrączki na swoim palcu!
Nawet nie musiałam się specjalnie gimnastykować. Wysłałam jedną wiadomość: Co słychać? On odpisał niemal natychmiast, poprosił o mój numer telefonu, ja zagadałam o spotkanie. Jeszcze tego samego dnia umówiliśmy się w przytulnej kawiarence, tej samej co dawniej (chciałam przywołać wspomnienia), na przywitanie pocałowałam go w policzek... On się uśmiechał, a ja już wiedziałam, że i tak będzie mój... Na poczekaniu wymyśliłam historyjkę o uczuciu do niego... Opowiadałam, że tylko jego kochałam, że z nikim innym już nigdy nie było mi tak dobrze, mówiłam o wspólnym życiu, podróżach, a jednocześnie obserwowałam jak zmienia się jego wyraz twarzy... Uwierzył, przyznał, iż byłam jego pierwszą miłość, że bardzo cierpiał. Nie miałam czasu do stracenia. Po powrocie do mieszkania odbyłam z Krzysiem trudną rozmowę, dla niego rzecz jasna... Kazałam mu się wyprowadzić, powiedziałam, że już go nie kocham (tak jakbym go kiedyś kochała), beczał i prosił o drugą szansę. Wkurzył mnie, zachowywał się jak dziecko. Zlitowałam się, ostatni raz poszłam z nim do łóżka, starał się jak nigdy wcześniej, tak jakby to mogło coś zmienić? W mojej głowie już go nie było, niezależnie od ilości orgazmów!
 Nazajutrz kontynuowałam swój plan, zaprosiłam Mateusza do siebie, został na noc, urabiałam go jak masło w maselnicy. Zaproponował wspólne wczasy w Egipcie, bez problemu załatwiłam urlop, zawsze chciałam zobaczyć Piramidy. Przez kolejne trzy miesiące zobaczyłam jeszcze Paryż, Wenecję, Berlin. Moja szafa wzbogaciła się o nowe markowe ubrania, a na biurku stał nowiusieńki laptop. Byłam w raju! Nie mogłam czekać. Między wierszami mówiłam mu o ślubie, rodzinie, miłości. Zrozumiał. Po czterech miesiącach byłam już zaręczona, po roku zamężna. Zamieszkaliśmy w jego rodzinnym domu wraz z teściową (dom był przepisany na Mateusza jeszcze przed ślubem, sprawdziłam to dokładnie. Był wart z ziemią jakieś czterysta tysięcy) liczyłam, że starucha szybko zejdzie z tego świata, albo jakoś się ją pozbędę... Niestety, jednej rzeczy nie przewidziałam, mąż był maminsynkiem!

Nadal zwiedzaliśmy świat, obsypywał mnie prezentami, ale coraz częściej dopytywał o dziecko, mówił, że jestem jakaś nieobecna, teściowa wtrącała się w nasze życie. Powoli miałam dosyć. Ile można grać? Systematycznie podbierałam pieniądze z naszego wspólnego konta, tak na moją czarną godzinę. Po roku zażądałam przepisania nieruchomości również na mnie, Mateusz w tajemnicy przed mamusią, podpisał papiery u notariusza, w nagrodę obiecałam mu dziecko! Do kosza wyrzuciłam tabletki antykoncepcyjne, był szczęśliwy, przynajmniej do czasu gdy odkrył nowe opakowania w schowku w moim aucie. Była z tego wielka awantura, wściekł się na maksa, poleciał do mamusi. Już wtedy wiedziałam, że nie mam tam czego szukać. Złożyłam pozew o rozwód, powiedziałam starą śpiewkę "JUŻ CIĘ NIE KOCHAM" i tyle. Zapakowałam co moje i to co mi się należało, wyczyściłam nasze konta i lokaty, za coś przecież musiałam żyć. Wróciłam do dawnego mieszkania, potajemnie spotykałam się z Mirkiem budowlańcem, bo ktoś musiał odświeżyć stare kąty, odprawiłam go zaraz po remoncie, byłam ostrożna! Rozwód dostałam bardzo szybko, Mateusz nie walczył, był takim mięczakiem. Kolejny raz stracił w moich oczach, sprawy majątkowe jeszcze przede mną, dam rady, wynajęłam dobrego adwokata za którego zresztą zapłacił Adam, mój nowy chłopak, ślepo we mnie zakochany dyrektor banku... Co będzie dalej, czas pokaże, ale nie lękam się przyszłości. Mam rozum, całkiem dobre ciało, średnią pracę w ubezpieczeniach, a ustawiona już jestem na dziesięć lat. Marzy mi się jeszcze dom z basenem, domek w górach i podróż do USA, mam dwadzieścia dziewięć lat, wszystko jeszcze przede mną...

 Podobno dzięki miłości można osiągnąć wszystko, majątek, władzę, oddanie... Pod jednym warunkiem, że Ty masz lodowate serce, a to Ciebie kochają. Po wysłuchaniu tej historii najbardziej było mi żal, tej kobiety. Krzysiek, Mirek z Mateuszem w końcu się jakoś pozbierają, Adam z pewnością również, bo to, że go zostawi, biorę raczej za pewniaka. Za to, ona pewnego dnia zostanie z niczym, będzie bardziej samotna niż kulawy pies na pustyni. Może i będzie bogata, zwiedzi świat, ale komu o tym na starość opowie? Kto się nią zaopiekuje w chorobie? Kto uroni chociaż jedną łzę na jej pogrzebie?

3 komentarze:

  1. Nie byłabym taka pewna czy wie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Wredna ściera.. Trzeba nie mieć wstydu i szacunku do samej siebie! A ci faceci to kolejni idioci, którzy od myślenia mają przyrodzenie zamiast mózgu

    OdpowiedzUsuń
  3. Taka perfidna krowa.Wstyd!!!!!!

    OdpowiedzUsuń